Świat współdzielony z innymi

Kochać kogoś naprawdę to postępować stosownie do owego jedynego w swoim rodzaju wyczucia tego, co dla niego lepsze. A trafność takiej oceny wymaga wielkiego dystansu względem egoistycznego punktu widzenia i rozszerzenia go o trudno dostępne za pomocą samego tylko wysiłku perspektywy.
Żyjemy wśród ludzi - taka jest nasza rzeczywistość. I zbawczy zamysł Boga również to uwzględnia. Dlatego to samo przykazanie, które ujmuje sedno naszego stosunku do Boga - przykazanie miłości - odnosi się także do drugiego człowieka. Zmienia się wszelako miara jego zastosowania: Boga mamy kochać całymi sobą, ze wszystkich sił, a ludzi tak jak samych siebie. Krótko mówiąc, istnieje zasadnicza różnica w traktowaniu Stwórcy i stworzeń. Różnica ta stanowi składnik wspomnianego wyżej porządku stworzonego świata. Bóg zajmuje w nim wyróżnione miejsce. A jednak w tym punkcie mogą się w nas rodzić wielorakie wątpliwości albo przynajmniej pytania. Czemu ma służyć takie podkreślanie wyjątkowej pozycji Stwórcy? Czy nie przyczynia się ono w jakimś stopniu do lekceważenia czy marginalizowania miłości bliźniego, która przecież, zgodnie z nowotestamentową nauką, jest sprawdzianem autentyzmu miłości Boga? Czy przypadkiem nie zachodzi między nimi równoważność, która w praktyce oznaczałaby wystarczalność tej pierwszej - miłości bliźniego, jak chcieli tego niektórzy myśliciele w ciągu dziejów? Czy wreszcie w ogóle miłość - nawet tę do ludzi - można nakazać? A jeśli tak, to pod jakim warunkiem?
Pytania urosły w liczbę. Rozpocznijmy od kwestii specjalnego miejsca Boga. Wyjściowe zaufanie do Bożych natchnień tłumaczy się Jego oglądem rzeczywistości, nieporównanie przekraczającym nasz własny: On widzi więcej, dalej, lepiej. Ale co to ma wspólnego z wyniesieniem miłości do Niego ponad wszelką inną, a w konsekwencji podporządkowaniem jej miłości drugiego człowieka? Bardzo wiele. Jak wiele - niech nam to uprzytomni proste pytanie: skąd mamy wiedzieć, co w praktyce, w konkrecie, oznacza adekwatnie kochać bliźniego? Ktoś, kto choćby w nieznacznym stopniu jest świadomy tego, że pod szyldem miłości może szukać zaspokojenia swoich własnych potrzeb, że może rzutować na drugą osobę swoje własne oczekiwania bądź roszczenia, łatwo też pojmie, jak dalece problematyczne jest trafne wyczucie wymogów miłości w danej sytuacji i w określonej relacji międzyludzkiej. Jeżeli natomiast wierzę, że Bóg wie więcej, że On jest samą Miłością, Mistrzem miłości, to mogę liczyć na to i prosić o to, żeby i mnie udzielił odpowiedniego wyczucia w tym względzie. Prawdę rzekłszy, autentycznie ewangeliczne spotkanie z drugim człowiekiem i szczera z nim bliskość wydaje się mieć wiele wspólnego z takim wyczuciem i wrażliwością. Miłość bowiem przestaje być sobą, gdy jej brakuje mądrości - tego sytuacyjnego dostosowania i ukonkretnienia w stosunku do osób - oraz roztropności, czyli słusznej miary w danych okolicznościach. To samo słowo współczucia i wyrozumiałości jednego może podnieść na duchu i wlać weń nadzieję, a dla drugiego być zachętą do gnuśności. Ta sama przestroga bądź napomnienie dla kogoś może stanowić bodziec do zmiany, a w kimś innym zapoczątkować niekończące się udręki ducha, lęki i skrupuły. Kochać kogoś naprawdę to postępować stosownie do owego jedynego w swoim rodzaju wyczucia tego, co dla niego lepsze. A trafność takiej oceny wymaga wielkiego dystansu względem egoistycznego punktu widzenia i rozszerzenia go o trudno dostępne za pomocą samego tylko wysiłku perspektywy. Wejrzenie w nie może nam jednakowoż zostać podarowane. Wszelako egoistyczne patrzenie nie sprowadza się wyłącznie do poszukiwania "szytych grubymi nićmi" osobistych korzyści, lecz całkiem często skrywa się za pozorami dążenia do dobra tej drugiej strony. Nie musi to wcale wypływać ze złej woli, a jedynie z rzutowania własnego pomysłu na "dobro" albo "szczęście" innej osoby, dyktowanego na przykład niedostatkiem jej dogłębnej znajomości, szczególnie wówczas, gdy sama ta osoba jest skłonna do poddawania się złudzeniom na swój temat.
Wszystko to wymownie świadczy o trudnościach kochania naprawdę, a równocześnie o potrzebie obiektywizacji miłości, aby mogła się stawać autentyczna, to znaczy adekwatna. Ponadto, przeprowadzony namysł uzmysławia nam niezbędność probierza, który pozwalałby sprawdzać tę odpowiedniość miłości, jej stosowność osobowo-sytuacyjną. Gotowość do służby, do pomocy drugiemu w rzeczy samej nie różni się od ciągłego doskonalenia się w tej umiejętności kochania, miarkowanego mądrością i roztropnością. Nie trzeba zapewne nikogo przekonywać o tym, że niezbędnikiem dla przyjęcia takiej postawy jest samozaparcie, bez którego najzwyczajniej nie potrafimy się wznieść ponad własne "słuszne poglądy na wszystko", na poziom dochodzenia mającego ustalić, co będzie adekwatne dla kogoś innego. A jednak dopiero dzięki takiemu samozaparciu możemy rzeczywiście stawać się sobie bliscy: ono bowiem uaktywnia to jedyne w swoim rodzaju wyczucie - swoisty takt duchowy - co do tego, jak daleko można się posunąć, żeby nie uczynić błędnego, inwazyjnego kroku. Ludźmi jesteśmy i nasza otwartość na siebie nawzajem, jak trafnie przypominał o tym R. Guardini, różni się od tej, która, według chrześcijańskiej wiary, charakteryzuje wewnętrzne życie Boga - jest mianowicie ograniczona. Poszanowanie tych granic - a wpierw uświadomienie sobie ich przebiegu u drugiego człowieka, ich wykrycie! - stanowi przeto składową miłości.
Lecz jeśli tak ma się sprawa z miłością, jeżeli pociąga ona za sobą jakieś wprawianie się, ćwiczenie w "sztuce kochania", jeśli chodzi przy tym o zdobywanie nieprzeciętnej wprawy w tym kunszcie, to czy można w ogóle miłość komukolwiek nakazać? Czy uprawnione jest przykazanie miłości bliźniego? Papież Benedykt XVI w swej programowej encyklice o Bogu-Miłości rozwiewa te wątpliwości z porażającą prostotą: owszem, utrzymuje papież, miłość może być nakazana, ale tylko dlatego, że wpierw została ofiarowana. Nikt z nas, żaden człowiek na ziemi nie jest pozbawiony tego daru, choćby aktualnie doznawał deficytu przeżyć z tym związanych. Wręcz przeciwnie - i do pewnego stopnia paradoksalnie - nie od rzeczy byłoby powiedzieć, iż ten brak, pragnienie, poszukiwanie, nienasycenie potwierdzają właśnie dar, zadatek, którego żywe doświadczenie raz po raz, a czasem bardzo mocno, w nas się zaciera na skutek bolesnych czy dramatycznych zdarzeń życiowych, oddzielających od niego naszą teraźniejszość. Znakomita większość pragnień w naszym życiu, skierowanych na jakąś rzecz, przedmiot, rozpoczyna się od pewnego uchwytnego bodźca, impulsu, który je rozbudza i rozpala, a bez którego trudno mówić o tym, że żywiliśmy to pragnienie już przedtem. Z miłością sprawa ma się odmiennie, gdyż nawet po ludzku odczuty dotkliwy jej brak w samych początkach naszego przyjścia na świat nie zmniejsza jej pragnienia, a wręcz je wzmaga. Nie chodzi tutaj o to, że istnienie tego pragnienia w nas miałoby być jakimś dowodem na możliwość jego zaspokojenia. O wiele istotniejsze jest zauważenie, że człowiek faktycznie od początku żyje z rozbudzonym w sobie pragnieniem kochania. Samo jego istnienie to poświadcza: nie jest egzystowaniem wartościowo obojętnym, lecz chce dla kogoś dobrze, a nawet lepiej (choćby tym kimś był on sam). Mało tego, o pragnieniu tym świadczą, jakkolwiek pośrednio, także wszelkie jego wynaturzenia, które w rzeczywistości stanowią przeważnie powodowaną pychą odmowę przyjęcia miłości, bądź lękową obronę przed nią, przybierającą różne formy. Tak czy inaczej, jest ono w nas, podobnie jak życie.
Wiara dopowiada, że pragnienie owo posiada sens i że łączy się z odpowiednią zdolnością. Ma ono sens, to znaczy: nie jest ślepym, chybionym, lecz trafnym ukierunkowaniem życiowej energii. Może liczyć na spełnienie, które najwymowniej unaoczniają nam koleje losu tak wielu pięknych ludzkich istnień, niekoniecznie tylko tych wyniesionych na ołtarze. Dodatkowo pragnienie to odsyła do uzdolnienia, które jest w nas. Największy talent, dany nam w zalążku wraz z życiem, stanowi to jedno: umiejętność kochania - przyjmowania w wolności i odpowiadania na miłość. Wszystkie inne zdolności mają charakter służebny wobec tej jednej. Żeby jednak mogła się ona uaktywnić w nas i rozwinąć, potrzebujemy innych ludzi. Jednak, wbrew dość rozpowszechnionemu mniemaniu, potrzebujemy ich nie po to, żeby coś od nich otrzymać - choć i to się dzieje, ale niejako ubocznie, wtórnie - lecz po to, żeby móc dawać, mieć komu dawać: czas, uwagę, zainteresowanie, słowo, gest itd. Chrześcijański paradoks w tym właśnie tkwi, że - tak jak Bóg w Chrystusie ubogacił nas swoim ubóstwem, wyzuciem się ze splendoru Boskiego Majestatu - dając, i my otrzymujemy, a tracąc zyskujemy. A jednak podkreślmy z naciskiem: tracąc, nie zaś zatracając się. To ryzyko dwóch skrajności: zatracenia siebie w dawaniu z jednej strony, a niebezpieczeństwa zamknięcia się we własnym egoizmie z drugiej, uprzytamnia nam na nowo zarówno niezbędność, jak i niewystarczalność miłości bliźniego. Okazuje się ona niezbędna do rozwijania w nas podstawowego talentu: sztuki kochania. Jest wszelako niewystarczająca dla utrzymania słusznej miary w dawaniu siebie innym, nawet wówczas, gdy tę samą miarę stosujemy do samych siebie. Czysto po ludzku jesteśmy w stanie celnie określać jedynie stosunki sprawiedliwości pomiędzy nami. Miłość należy do innego porządku - porządku daru. Ktoś mnie ukochał najpierw i dlatego jestem. Pomimo wszystkich "nie", które potem mogły wybrzmieć, na początku było "tak", "chcę". Przywołajmy jedynie ten "dowód", do którego nawiązuje papież Benedykt XVI we wspomnianej encyklice, mówiąc o uprzednim darowaniu miłości: Eucharystia. Jakże często gdzieś na świecie, gdzie aktualnie jest sprawowana Najświętsza Ofiara, owo ubogacające ubóstwo Boga pozwala się doświadczyć wierzącym, kiedy wciąż na nowo wydaje się On w ludzkie ręce, żeby wreszcie pojęli najgłębsze pragnienie Boga.
ks. Robert Grzywacz SJ
img
img