Trybsz

I Polska ma swój Spisz, wprawdzie nie tak rozległy jak po słowackiej stronie, bo liczący zaledwie 14 wsi, wśród nich Niedzicę z zamkiem o porywającej historii. Jest to kraina barwna krajobrazowo, bogata w dzieje typowe dla rejonów pogranicza, złożona pod względem przynależności etnicznej, a przez to i odmienna w mowie.
Wszak ścierały się tu w niedalekiej jeszcze przeszłości wpływy polskie, słowackie, węgierskie, niemieckie, żydowskie, a nawet wołoskie. I każdy z tych ludów pozostawił po sobie czytelne do dziś różnorakie ślady. A jakie tam zabytki! Weźmy choćby wieś Łapsze Wyżne z jej kościołem o najpiękniejszym na Podkarpaciu wyposażeniem rokokowym, które ze skromnego wnętrza wiejskiej świątyni czyni coś w rodzaju kapiącego od złota i lśniącego światłem książęcego salonu. A to wszystko za sprawą jej przebogatych ołtarzy.

   Albo taki Trybsz, sąsiednia wieś, która z powodu maleńkiego kościółka drewnianego może stać się dla każdego rewelacją. Stoi ta drobina na małym pagórku w cieniu okazałego kościoła murowanego w pierwszych latach XX wieku - cała ubożuchna, nawet bez sygnaturki, nie mówiąc już o wieży. Ale ma coś naprawdę znakomitego - polichromie. Choć są wykonane "po chłopsku", mają w swym prymitywizmie fascynującą głębię. Nie chodzi o wielką sztukę - dla studiowania takowej trzeba udać się do Italii - ale o żywą wiarę miejscowego ludu.
   Wszystkie cztery ściany tej jednonawowej świątyni i całą powierzchnię stropu pokrywają malowidła położone na szerokich dechach, bo z takiego budulca jest ona wzniesiona. Na północnej, czyli lewej ścianie rozwija się cykl scen ewangelicznych niemal w układzie chronologicznym: Zwiastowanie, Nawiedzenie, Narodzenie… Ale jest jedna scena spoza Ewangelii: Ukazanie się Jezusa po zmartwychwstaniu swej Matce. Musiało to być bardzo wcześnie rano, bo Maryja jest jeszcze w posłaniu, w bieliźnie nocnej, ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami w geście adoracji oddaje cześć zmartwychwstałemu Synowi, którego przyjścia przecież oczekiwała. Świadczy o tym brak zaskoczenia, czy choćby zdziwienia w wyrazie Jej twarzy. Tak przecież musiało się stać! Czyż nie dlatego nie było Matki Jezusa przy grobie Syna w niedzielny poranek, kiedy podążały tam pozostałe niewiasty z grona Galilejczyka z Marią Magdaleną jako pierwszą, skoro już wcześniej miała pewność, że grób jest pusty? Prosta wiara spiskiego ludu nie potrzebowała przesłania apokryfów, aby dojść do podobnej konstatacji.
   W innym cyklu malarskim otwierają się po kolei przedstawienia czterech Ojców Kościoła zachodniego, widzimy scenę ze św. Jerzym, który przebija lancą smoka starodawnego. Są i apostołowie z narzędziami tortur, które przyprawiły ich o śmierć, widzimy innych świętych, w tym tuż przy ołtarzu Jana z Kęt, profesora Akademii Krakowskiej, podówczas, kiedy kładziono te malowidła w 1647 roku, nawet jeszcze niewyniesionego do grona błogosławionych. Tymczasem całą powierzchnię płaskiego stropu wypełnia scena Sądu Ostatecznego ukazana w powszechnie przyjętej konwencji Pantokratora na nieboskłonie, który patronuje zbawionym, a odtrąconych posyła na wieczne męki. A wszystko to, nawet końcowe sądzenie u kresu czasów, odbywa się nie gdzie indziej, lecz w scenerii polskich Tatr, z których anonimowy artysta wybrał trzy szczyty, możliwe do zidentyfikowania z nazwy, ponoć pierwszy malunek naszych gór, wtedy zwanych Górami Śnieżnymi. I jest rozpisany na kilka scen wątek przedstawiający dobre uczynki świadczone ubogim, chorym i nieszczęśliwym przez świętą Elżbietę Węgierską, w nawiązaniu do której kościół otrzymał tytuł sanktuarium poświęconego pamięci tej miłosiernej księżnej.
   Skąd na polskim Spiszu kult niemieckiej pani rodem z Węgier? Kolejny ślad węgierskich wpływów w południowej części Polski. Bo przecież sama Elżbieta nic z Polską nie miała wspólnego, jakkolwiek można się spotkać z jej ciotkami w Trzebnicy pod Wrocławiem, to jest ze św. Jadwigą Śląską i św. Agnieszką. Gdy Elżbieta miała cztery lata, Andrzej II, król Węgier, wysłał córeczkę w orszaku piastunów na dwór władcy Turyngii, by tam dziecko dorastało w towarzystwie nieco starszego syna landgrafa, Ludwika, przeznaczonego na jej małżonka. Gdy dziewczyna doszła 14 lat, wiek uznany za właściwy do pokładzin, wola rodziców została spełniona i młodzi mogli się wreszcie pobrać. Choć było to małżeństwo polityczne, małżonkowie trwali w szczęśliwym związku, a Bóg obdarzył ich trójką potomstwa. Nieszczęście spadło na Elżbietę niespodziewanie, kiedy jej młody małżonek wyruszył w 1227 roku na wyprawę krzyżową. Zdążył dotrzeć do włoskiego portu w Otranto, gdzie dopadła go zaraza, której jego osłabiony trudami podróży organizm nie potrafił już pokonać. Dla dwudziestoletniej wdowy dopiero teraz rozpoczął się prawdziwy koszmar, kiedy po śmierci męża uzurpujący sobie władzę nad Turyngią szwagier wyrzucił ją z zamku z trójką dzieci, z których najmłodsze - dziewczynka - dopiero co przyszło na świat. Księżna błąkała się o głodzie po lasach i gościńcach, niekiedy miłosiernie przyjmowana do zagród przez co bardziej litościwych wieśniaków. Dobrzy ludzie oddawali jej znoszone koszule na pieluchy. Po wielu miesiącach tułaczki znalazła wreszcie chwilowy przytułek w jednym z klasztorów. O prawa do utraconej podstępem ziemi i władzy w końcu upomnieli się w jej imieniu krewni i bliscy. Nie skorzystała jednak ze sposobności odzyskania dawnej pozycji i otwierającej się przed nią możliwości powtórnego zamążpójścia. Zapewniwszy opiekę swym dzieciom, zapragnęła bez reszty poświęcić się chorym, trędowatym, biednym i bezdomnym w habicie tercjarki franciszkańskiej, znalazłszy dla siebie kąt przy szpitalu, który sama ufundowała. Zmarła w jego murach w 1231 roku w wieku zaledwie 24 lat. Wobec niezliczonych cudów wyproszonych za jej wstawiennictwem i powszechności kultu, papież Grzegorz IX już cztery lata po jej śmierci wpisał Elżbietę w poczet świętych.
   W dedykowanym jej kościele w niemieckim Marburgu można oglądać sceny z jej życia ukazane w witrażach z 1250 roku. Kult św. Elżbiety szybko rozprzestrzenił się po Europie, dotarł i na Spisz, czego dowodem są wzruszające prostotą epizody z jej życia odmalowane także na deskach wiejskiego kościółka w Trybszu w 1647 roku, najprawdziwsze cudeńka jakby rzut kamieniem od zamku w Niedzicy.
Jan Gać
img