Idź do ludu…

Pewnego dnia, będąc jeszcze na studiach i żyjąc daleko do Boga, przeczytałem słowa z Pisma Świętego, które na zawsze zmieniły moje życie. Brzmiały następująco: Idź do tego ludu i powiedz: Usłyszycie dobrze, ale nie zrozumiecie, i dobrze będziecie patrzeć, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu. Ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, aby nie widzieli oczami i uszami nie słyszeli i nie rozumieli sercem, i nie nawrócili się, i abym ich nie uzdrowił (Dz 28, 26-27) - wspomina Michał.
   Od tego czasu zaangażowaliśmy się bardzo mocno w Kościele. Zaczęliśmy czytać Biblię, razem z kolegą stworzyliśmy duszpasterstwo na AWF, które dzięki Bogu trwa do dzisiaj i otwiera drogę wielu studentom, pozwalając im poukładać swoje często popsute życie. Jako wolontariusze działaliśmy w międzynarodowej organizacji chrześcijańskiej Athletes in Action.

   W 2006 r. pobraliśmy się, a w 2009 r. przyszła na świat Martynka, obecnie czekamy na nasze następne dziecko, które jest już w drodze.

   Po studiach zacząłem pracę w gimnazjum w Wieliczce jako nauczyciel wychowania fizycznego, Edytka w tym czasie kończyła jeszcze studia. Angażowaliśmy się jeszcze w duszpasterstwo na AWF i we wspólnotę "Galilea" w Wieliczce, ale coś nie dawało nam spokoju. Jakieś trzy lata temu zaczęła nas nurtować myśl, że to, co robimy, nie jest tak naprawdę 100% oddaniem się Panu Bogu, czegoś nam brakowało. Modliliśmy się, analizowaliśmy nasze talenty, zastanawiając się, do czego Bóg chciałby je wykorzystać, i ostatecznie postanowiliśmy, że spróbujemy przygotować się do bycia świeckimi misjonarzami. Rozważaliśmy, czy rzeczywiście jest to nasza droga, ale zaczęliśmy działać. Oprócz Athletes in Action włączyliśmy się w działania Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, aby zobaczyć, jak to wszystko wygląda od kuchni. Oczywiście, trwało to bardzo długo - Pan Bóg nie odpowiadał błyskawicznie, zostawiając nam czas na dogłębne przemyślenia. No, ale w końcu podjęliśmy decyzję na "tak". Pozostawało jeszcze pytanie, czy ma to być praca wśród ludzi biednych w innym kraju, czy może wśród sportowców w Polsce, bo mieliśmy ofertę z Athletes in Action. Po długich namysłach postanowiliśmy zostawić nasze dotychczasowe życie i wybraliśmy pracę wśród biedaków w Peru. Co wartościowsze rzeczy z naszego dobytku poszły pod młotek i tak zaczęła się nasza misja.

   Obecnie służymy w południowej części Peru w miejscowości Majes. Jest to nowo tworzące się miasto na pustyni. Mieszkamy na terenie salezjańskiej szkoły zawodowej, w której pomagamy ojcom salezjanom z pobliskiego miasta prowadzić internat dla chłopców z tejże szkoły. Prowadzimy świetlicę dla dzieci i młodzieży, organizując dla nich gry i zabawy sportowe, zajęcia edukacyjne i plastyczne, a na koniec dnia dzieciaki dostają również poczęstunek. Michał uczy w szkole angielskiego i informatyki, prowadzi zajęcia z wychowania fizycznego. Ale najważniejsze nasze działanie to ewangelizacja i tworzenie małych wspólnot w odległych sektorach miasta. Obecnie jest tu tylko dwóch księży na całe 100-tysięczne miasto, dwukrotnie większe od Krakowa. W dodatku panuje tu skrajna bieda. Wprawdzie ludzie mają co jeść, ale są ogromne problemy z wodą, środkami do życia i higieną. Przez miasto przepływa sztucznie stworzony kanał wodny, z którego czerpią wodę ludzie z pewnych - nierzadko dość odległych - sektorów miasta, do których nie docierają beczkowozy; bywa i tak, że z powodu braku pieniędzy ludzie nie mogą kupić wody z beczkowozu. Należy też dodać, że w ciągu dnia temperatury sięgają tutaj 40 stopni w cieniu, a w nocy potrafią spaść do 2-3 stopni lub niżej. Ludzie mieszkają w domkach z maty trzcinowej, a skoki temperatury sprawiają, że nie jest w nich najprzyjemniej. Najistotniejsze jest jednak to, że instytucja rodziny jest w stanie katastrofalnym. Jest tu epidemia samotnych matek.

   Poprzez naszą służbę nie chcemy tylko i wyłącznie pomagać ludziom wyjść z biedy materialnej, bo nie brakuje organizacji zajmujących się tym problemem. My przede wszystkim chcemy wlać w ich serca nadzieję. Pragniemy pomóc im odnaleźć prawdziwą drogę, czyli Jezusa. Duża część tutejszej ludności nie słyszała jeszcze o Jezusie Chrystusie, a jeżeli nawet coś słyszeli, to bardzo niewiele. Większość tych, z którymi się spotykamy, jest nieochrzczona. Niestety, misjonarzy jest jak na lekarstwo, a potrzeby coraz większe. Dlatego jednym z naszych działań jest również poszukiwanie nowych misjonarzy.

   Niektórym może się wydawać, że w Polsce też mamy biedę, a my pojechaliśmy do Peru zamiast tu pomagać… Ale Ameryka Łacińska według statystyk jest najbardziej niedożywionym krajem na świecie. W biednych dzielnicach na jedną osobę dziennie przypada średnio garść gotowanego ryżu lub kaszy kukurydzianej. W górskich partiach Peru, gdzie ludzie żyją na wysokości nawet ponad 5000 m n.p.m., staruszkowie i małe dzieci - często na rękach swoich matek - zamarzają żywcem. Statystki mówią o śmierci około 1000 dzieci, ale śmiem twierdzić, że może ich być nawet 2 razy więcej. Ubrania, zielony groszek czy herbatniki to dla nich luksus, który dostają z darów. Przy nich biedni ludzie z Polski naprawdę mają się czym podzielić. Dlatego my chcemy im "dać wędkę, a nie rybę".

   Na koniec nasuwają mi się słowa z Ewangelii św. Mateusza (9, 37-38): Wtedy rzekł do swych uczniów: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Jeżeli ktoś z was jest zainteresowany wyjazdem na misje lub innym sposobem zaangażowania się w taką służbę, zapraszamy na naszą stronę internetową www.rodzinkamisyjna.pl , na której znajdziecie wszystkie potrzebne informacje.
Michał i Edyta Jarosz
img