Patron na trudne czasy

Choć św. Andrzej Bobola jest patronem Polski, to przecież jego życie i bogata działalność duszpasterska przerwana okrutną śmiercią męczennika nie są powszechnie znane. Warto przypomnieć tego patrona trudnych dni.
"Duszochwat"
   Przyszedł na świat w 1591 r. w Strachocinie koło Sanoka w rodzinie szlacheckiej. W 1611 r. wstąpił do prężnie rozwijającego się zakonu jezuitów. Po odbyciu studiów filozoficznych i teologicznych na Akademii Wileńskiej przyjął święcenia kapłańskie w 1622 r., w dniu wyniesienia na ołtarze św. Ignacego Loyoli i św. Franciszka Ksawerego.
   W zakonie bardzo szybko odkryto jego zdolności wychowawcze i kaznodziejskie. Wytrwały w przeciwnościach i niezwykle opanowany, choć wcześniej miał charakter dość porywczy, był zawsze gorliwy w pracy, cierpliwy w relacjach z innymi i bardzo wymagający względem siebie. Przez wiele lat pracował jako oddany wychowawca młodzieży i nauczyciel w Wilnie, Bobrujsku, Warszawie, Łomży, Płocku i Nieświeżu. Bardzo znana też była troska ojca Andrzeja o ubogich; był kapelanem w przytułkach i w więzieniach.
   Najdłużej pracował w Pińsku, na wschodnim krańcu Rzeczypospolitej, skąd wyruszał na swoją pracę duszpasterską pośród unitów, wiernych wywodzących się z prawosławia i zachowujących wschodnią liturgię, a po unii brzeskiej (1596) przynależących do Kościoła katolickiego. Z czasem jego posługa pośród ubogiej ludności, także prawosławnej, spotykała się z coraz większą niechęcią ze strony Kościoła prawosławnego, bowiem zdobywał coraz więcej dusz dla Kościoła katolickiego. Jezuicki "duszochwat" wyjątkowo znienawidzony był przez Kozaków, usiłujących go pojmać.
   W maju 1657 r. w Janowie Poleskim Kozacy zabili wielu katolików oraz żydów. Ojca Andrzeja pochwycili w Peredyle, skąd kozacka wataha przywlokła go do Janowa, gdzie poniósł śmierć męczeńską poprzedzoną okrutnymi torturami. Był podpalany, odzierany ze skóry, wyłupiono mu oko, wyrwano język, by w końcu ugodzić mieczem, skracając jego straszną mękę.

Pośmiertna tułaczka
   Beatyfikowany został dopiero w 1853 r. przez Piusa IX. Niezwykłe są jego pośmiertne losy. Jego umęczone ciało zostało złożone w krypcie kościoła w Pińsku i zapomniane. Po osobistej "interwencji" męczennika odnaleziono je zachowane w dobrym stanie ze śladami doznanych tortur. Od 1808 do 1922 r. znajdowało się w Połocku, skąd zostało zabrane przez władze sowieckie do muzeum ateizmu w Moskwie. Dzięki staraniom Stolicy Apostolskiej udało się je przewieźć do Rzymu i umieścić w jezuickim kościele Il Gesu. Był to "prezent" dla papieża za pomoc charytatywną udzieloną przez Stolicę Apostolską dotkniętej porażającym głodem porewolucyjnej Rosji. W 1938 r. bł. Andrzej został kanonizowany przez Piusa XI. Niedługo po tej uroczystości nastąpił jego niezwykły powrót pociągiem do Polski. Zanim dotarł do Warszawy, trumna z jego ciałem wystawiana była i z religijnym entuzjazmem przyjmowana w wielu miastach naszej Ojczyzny. Oto powracał do niej pełen heroizmu syn, który miał się stać jej patronem i opiekunem w najtrudniejszych czasach niemieckiej okupacji.
   Świętemu okazywano cześć w kaplicy jezuitów przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, a w czasie zawieruchy wojennej w kościele Matki Bożej Łaskawej na warszawskiej Starówce. Dzisiaj spoczywa w wybudowanym w stolicy w latach 80. ubiegłego wieku sanktuarium św. Andrzeja Boboli.
   Od 16 maja 2002 r. św. Andrzej Bobola, obok św. Wojciecha, św. biskupa Stanisława i św. Stanisława Kostki, jest Patronem Polski. Dzień ten stał się dniem jego liturgicznego wspomnienia w Kościele. Jest też orędownikiem w dążeniu do trudnej jedności pomiędzy katolikami i prawosławnymi. Polscy biskupi w specjalnym liście napisanym z okazji ogłoszenia go Patronem Polski powierzyli mu dzieło nowej ewangelizacji w niełatwych czasach. Czytamy w nim: Życie św. Andrzeja Boboli, zakończone męczeńską śmiercią, było jak ziarno, które padło w ziemię w bardzo trudnym okresie pierwszej Rzeczypospolitej, aby wydać owoce po wiekach.
ks. Marek Wójtowicz SJ